Prawo jazdy po australijsku

Data publikacji: 06.11.2017

Nie tylko ruch lewostronny mógłby zaskoczyć polskiego kierowcę na antypodach. Zdziwiłby się, że pozwalają tam kilka lat jeździć z literką L. Można też przejeżdżać pojedynczą linię ciągłą. Ale trzeba bardzo uważać na limity prędkości i... kangury.

Przyzwyczajeni do zakorkowanych miast i kilkupasmowych dróg najlepiej czuliby się na południowo-wschodnim wybrzeżu (Sydney, Brisbane, Melbourne, Adelajda) i w stolicy Zachodniej Australii – Perth. Natomiast wyprawa do górniczego Kalgoorlie czy Alice Springs, położonego w środku kraju-kontynentu, to już prawdziwy survival. Bezdroża znane z serialu „Truckersi”, wysoka temperatura, stacje benzynowe co kilkaset kilometrów, piach i kamienie na jezdni, dzikie zwierzęta... Nic dziwnego, że podczas egzaminu na prawo jazdy pytają o zapasy wody i paliwa, a na znakach drogowych jest symbol kangura.

Uzyskiwanie uprawnień do prowadzenia pojazdów też wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Nie ma obowiązkowych kursów, nie ma placu manewrowego, nie ma instytucji egzaminującej podobnej do naszych WORD-ów. Procedury są uproszczone, lecz droga do tzw. pełnego prawka długa.

Włączyć światła czy założyć okulary?

Naukę za kółkiem może rozpocząć już szesnastolatek. Oczywiście z literką L na aucie i pod nadzorem doświadczonego kierowcy. Żeby otrzymać Learner Permit (pozwolenie dla uczącego się), trzeba zaliczyć Driver Knowledge Test, czyli test wiedzy kierowcy. W różnych regionach kraju – Australia to sześć stanów i trzy terytoria federalne – ma on zmodyfikowane nazwy i różną bazę pytań. Cecha wspólna? Jest prosty, intuicyjny. O co pytają? Jak jechać, jeśli na jezdni nie ma wymalowanych pasów: środkiem czy blisko lewej krawędzi? Co grozi za otwieranie drzwi podczas jazdy? Czy można przekupić egzaminatora (nazywanego testing oficer)? Co powinien zrobić kierowca, gdy zachodzi słońce: założyć okulary czy włączyć światła? Czy można parkować na tzw. martwym polu, na środku jezdni chociaż 30 minut? Są też pytania nieco trudniejsze, np. w jakiej odległości od innych pojazdów należy parkować? Albo który samochód – na naszkicowanym skrzyżowaniu – ma pierwszeństwo?

W Nowej Południowej Walii test składa się z 45 pytań. Bazę wszystkich (600) zadań można przestudiować w Internecie.

– Ten pierwszy egzamin teoretyczny kosztuje 57 dolarów australijskich – informuje Przemek Mroczyński, który przez dziesięć lat mieszkał w Sydney. – Jest piętnaście pytań z wiedzy ogólnej (General Knowledge Questions) i 30 dotyczących znaków, przepisów ruchu drogowego (Road Safety Section). Zaliczenie testu to właściwie formalność.

Co ciekawe, nie ma limitu czasu. I egzaminacyjnego stresu. Polacy mieszkający w Brisbane (stan Queensland) na forach internetowych licytują się, kto miał łatwiej.

– Poszedłem do urzędu transportu. Formularz otrzymałem w okienku od uśmiechniętej urzędniczki. Kazała mi usiąść w wygodnym miejscu i wypełnić – wspomina Adam. – Nikt nie kontrolował, czy nie ściągam. Czy ktoś mi nie pomaga!

Wyjaśnia, że pytań było 30. Dopuszczalne – trzy błędy. Opłaty, za rejestrację kandydata na kierowcę i za egzamin, wyniosły nieco ponad 40 dolarów Adam opowiada, że przed egzaminem kupił książeczkę „Your keys to driving in Queensland”. I trochę surfował po portalach dla kierowców.

– Ta sama urzędniczka, która wydała formularz, ekspresowo sprawdziła moje odpowiedzi. Zatwierdziła wynik. Później zrobili mi zdjęcie i wydali dokument o nazwie Learner Driving Licence. Jakie to proste – śmieje się Adam.

Kiedy przypomnimy sobie wizyty w powiatowych wydziałach komunikacji i wojewódzkich ośrodkach ruchu drogowego, rzeczywiście australijskie procedury można skwitować uśmiechem.

Kiedy L zamienia się w P

Ale status learner to dopiero początek starań o prawko. Z naklejką L w Nowej Południowej Walii młody kierowca musi uczyć się co najmniej rok. I udokumentować (w Learner Driver Log Book) 120 godzin, w tym 20 jazdy nocnej.

– Jeśli masz więcej niż 25 lat, ten etap możesz zaliczyć szybciej – podkreśla Przemek. – Regulują to regionalne stanowe przepisy.

W stanie Wiktoria i mieście Melbourne 12-miesięczna praktyka dotyczy osób poniżej 21. roku życia. Starsi, lecz niemający 25 lat, z naklejką L śmigają pół roku. Kierowcy po 25. roku życia – tylko trzy miesiące. W Zachodniej Australii przepisy są bardziej liberalne – już po 25 udokumentowanych godzinach możesz zapisać się na Practical Driving Assessment. Jeśli pomyślnie przejdziesz „diagnozę, sprawdzenie praktycznych umiejętności” – otrzymujesz prawo jazdy P (Provisional Licence), z którym możesz poruszać się samodzielnie. Stołeczne Terytorium Australii też wskazuje kandydatom na kierowców krótszą drogę do prawka P (sześć miesięcy), jednak wymaga zaliczenia szkolenia nazywanego Provisional Licence Course.

O co chodzi z tymi literkami? P to coś w rodzaju warunkowego prawka z licznymi ograniczeniami. Należy jeździć wolniej (do 90 lub 100 km/h), nie można siadać za kółkiem nawet po lampce wina. Zabronione jest sięganie po telefon komórkowy podczas jazdy. Z zestawu głośnomówiącego też korzystać nie pozwalają. Auto ze znaczkiem P nie może holować innych pojazdów. Niedozwolone jest przewożenie kilku pasażerów (np. w Wiktorii można jechać tylko z jedną osobą w wieku 16–22 lata). Kierujący musi zachować szczególną ostrożność, bo ma niższy limit punktów karnych. Na przykład 4 zamiast 12.

– Czyli jedno poważniejsze wykroczenie i tracisz uprawnienia – zauważa Przemek.

Początkującym kierowcom łamiącym przepisy w stolicy kraju P zawieszają na kwartał. W innych stanach mogą dać ci nawet pół roku na przemyślenie zachowania na drodze.

Egzamin bez stresu i bez pośpiechu

Licencję L od licencji P oddziela egzamin praktyczny. I granica wieku: 17 lat. To, co w Perth nazwali Practical Driving Assessment, w Melbourne i Sydney jest po prostu Driving Testem. Jak wygląda? Ile kosztuje? Długo trwa? Zgłaszamy się do urzędu transportu, wypełniamy formularz, w którym są pytania m.in. o stan zdrowia (cukrzyca, epilepsja, wzrok), uiszczamy opłatę (ok. 40 dol.) i czekamy na wyznaczenie terminu jazdy z egzaminatorem. Na Driving Test podstawiamy swoje auto (możemy pożyczyć samochód od rodziców albo wynająć) i ruszamy z urzędnikiem w miasto. Przez około 30 minut ocenia on, jak sobie radzimy za kierownicą. Co konkretnie? Czy odpowiednio ustawiliśmy lusterka i fotel, czy potrafimy płynnie ruszać i łagodnie się zatrzymywać, czy panujemy nad pojazdem, jak pokonujemy skrzyżowania i zakręty. Opisujący australijskie egzaminy na prawko zwracają uwagę na problem „blind spot area”. Egzaminator szczególnie przygląda się, czy kandydat na kierowcę kontroluje sytuację z tyłu i z boku pojazdu, tzw. martwe pola.

– Sprawdza też umiejętność parkowania przodem, tyłem. Zwykle każe też wykonać zawracanie na trzy razy – opowiada Przemek Mroczyński.

Co ciekawe, jeśli nie zaliczymy egzaminu praktycznego albo boimy się do niego przystąpić, możemy przez wiele lat jeździć z literką L. Rzecz jasna, przestrzegając wszelkich ograniczeń. I co 36 miesięcy zaliczając test wiedzy. Takie sytuacje to jednak rzadkość. Licencja P to dla przeciętnie uzdolnionego kierowcy formalność. Kolejnym wyzwaniem jest uzyskanie pełnego prawa jazdy (Full Unrestricted Licence). Nastolatkowi z Sydney zajmie to... trzy lata. Najpierw będzie jeździł z czerwoną literką P na samochodzie (maks. 90 km/h i z ładunkiem do 250 kg). Po roku i udokumentowaniu 50 godzin za kółkiem (dziesięć jazd nocnych) przystępuje do Hazard Perception Test. Cóż to takiego? Kolejny egzamin przy komputerze, za kilkadziesiąt dolarów. Filmiki pokazujące trudne sytuacje drogowe. I zadania do nich. Jeśli odpowiesz poprawnie – otrzymujesz prawo jeżdżenia z zielonym P na białej plakietce. Tak oznaczony możesz poza miastem rozpędzić się już do 100 km/h. Po dwóch latach zbierania doświadczeń zapisujesz się na ostateczny Driver Qualification Test. DQT składa się z dwóch części: wiedzy z bezpieczeństwa drogowego (15 pytań i odpowiedzi wielokrotnego wyboru) oraz 10 zadań symulujących zagrożenia na drodze. Wszystko zaliczasz przed ekranem.

Taki system potwierdzania kwalifikacji kierowcy obowiązuje we wszystkich stanach, choć nazwy licencji mogą być różne. W Zachodniej Australii po etapie Learner jest Novice Driver Type 1 (na rok), Novice Driver Type 2 (kolejny rok) i Ordinary Licence, czyli pełne prawo jazdy. Uczeń i nowicjusz – czerwony i zielony – przez kilka lat może zarobić tylko 8 punktów karnych. Prawko „full” też nie pozwala na brawurę – krytycznych 12 punktów sumuje się aż trzy lata.

Wszędzie gorąco, ale nie na drodze

Surowe przepisy chłodzą głowy zmotoryzowanych, nawet gdy temperatura powietrza przekracza 35 stopni Celsjusza. Wysokie mandaty skłaniają do zdjęcia nogi z gazu. Polacy żyjący na antypodach podkreślają, że „jeździ się tam tak, jak pokazują znaki”. A przejścia dla pieszych, drogi rowerowe to świętość.

– Kary finansowe są dotkliwe. I wszędzie kamery, radary – komentuje Magda, która przybyła do Australii w 2004 roku.

– Rzadko widuje się piratów drogowych – potwierdza Przemek. – I rzadko słyszy się klakson. Wszyscy wyluzowani. Jak zablokujesz ulicę albo niezdarnie wyjeżdżasz z parkingu, nie ponaglają cię. Nie trąbią, nie krzyczą.

Przemek ocenia, że drogi w Sydney, Melbourne i okolicach mają niższy standard niż w zachodniej Europie. Ale zmotoryzowani są kulturalni, życzliwi, dbają o bezpieczeństwo.

– Jeśli przekroczysz prędkość o 10 procent, płacisz i tracisz punkty. Jeśli spowodujesz zagrożenie dla pieszych, prawdopodobnie zabiorą ci prawko – opowiada polski rezydent z Sydney.

W Brisbane prawo też nie jest łaskawe dla szaleńców za kierownicą. Jazda 40 km/h powyżej limitu oznacza kilkaset dolarów mandatu, 8 punktów karnych i rozstanie z prawem jazdy na pół roku!

Twarde prawo nie oznacza jednak, że Australia jest krajem nieprzyjaznym dla obywateli. Bardzo rozsądnym rozwiązaniem jest powiązanie czasu szkolenia kierowcy z jego wiekiem. Osoba, która skończyła 25 czy 26 lat może zrobić prawko w kilka miesięcy. Nastolatek jest pod nadzorem trzy lata. Również nieznanym u nas ułatwieniem jest życzliwe traktowanie mieszkańców prowincji, którzy mają daleko do pracy, szkoły, szpitala. Bez samochodu nie są w stanie funkcjonować, więc urząd transportu umożliwia im uzyskanie licencji P np. dwa razy szybciej niż kandydatom na kierowców z dużych miast.

Z kolei ułatwieniem dla imigrantów jest możliwość zdawania egzaminów nie po angielsku. Stanowa i lokalna administracja oferuje pomoc asystentów oraz tłumaczenia: na chiński, wietnamski, arabski, grecki, chorwacki oraz kilkanaście innych języków. Niestety, polskiego nie ma.

Prawko i pieczątka tłumacza

Ulgą dla przyjezdnych jest także honorowanie uprawnień do prowadzenia pojazdów uzyskanych w innych krajach. Jeśli przebywamy w Australii na wizie turystycznej, studenckiej, pracowniczej – możemy bezproblemowo korzystać np. z polskiego prawa jazdy. Ale uwaga: musi być ono przetłumaczone na angielski.

– Żadnych specjalnych formularzy. Wystarczy zwykła kartka papieru. Ważne, by była pieczątka akredytowanego tłumacza – wyjaśniają australijscy Polacy. – Podczas kontroli drogowej policjant może nawet nie zapytać o tłumaczenie, bo dzięki piktogramom, symbolom polski dokument jest dla niego zrozumiały.

Kiedy jednak chcemy wypożyczyć samochód, wymagane jest międzynarodowe prawo jazdy (możemy je wyrobić przed wyjazdem za granicę w wydziałach komunikacji starostw powiatowych). Szczegółowe przepisy i praktyczne wskazówki w tym zakresie znajdują się na urzędowych stronach internetowych. Władze Południowej Australii przypominają, że wszystkie obce dokumenty muszą być przetłumaczone przez akredytowane biuro, zrzeszone w NAATI (National Accreditation Authority for Translators and Interpreters). Stołeczne Terytorium Australii oczekuje tylko, że dokument będzie zrozumiały, ze zdjęciem. I że kierowca posiada paszport. Terytorium Północne zachęca do wymiany prawka. Jeśli masz ponad 25 lat, załatwisz to automatycznie, bez egzaminu. Jeśli jesteś młodszy, musisz zaliczyć test. Stan Wiktoria informuje, że od 9 października 2017 roku osoby z takich krajów jak Polska, które chcą korzystać z samochodu, muszą odwiedzić urząd komunikacji w celu weryfikacji dokumentów. Natomiast Queensland prosi obcokrajowców o International Driving Permit. Choć dokument od tłumacza przysięgłego też wystarczy. Nowa Południowa Walia przypomina obcokrajowcom, że jeśli posiadają prawo jazdy ponad rok, od razu mogą aplikować na P2 (zielone). A kierowcy z ponadtrzyletnim doświadczeniem zdają na full licence. Na Tasmanii możesz jeździć ze swoim prawkiem, lecz kiedy otrzymasz permanent visa, musisz udać się na egzamin.

– To generalna zasada. Otrzymując prawo stałego pobytu powinieneś uzyskać australijskie dokumenty – wyjaśnia Przemek Mroczyński. – Ja zdawałem na pełne prawo jazdy, bo w Polsce dużo jeździłem, od 17. roku życia. I co? Egzamin w Sydney był łatwiejszy, a zaliczyłem dopiero za trzecim razem. Za bardzo cwaniakowałem.

Magda przyjechała do Sydney w 2004 roku i dwa lata później odważyła się na jazdę egzaminacyjną.

– Poszło gładko. Choć nie miałam dużego doświadczenia. Przez ponad dziesięć lat nie zdarzył mi się w Australii żaden wypadek, kolizja. Raz tylko otarłam się o słupek na parkingu.

Lewa strona, prawa ręka... i uwaga na kangury!

Polacy mieszkający w Australii przekonują, że przyzwyczajenie się do ruchu lewostronnego nie jest problemem. Adaptacja trwa kilka tygodni. Mały mętlik w głowie przy odwróconym porządku na jezdni może spowodować „zasada prawej ręki”. Warto pamiętać, że w Australii, tak jak w Europie, nadjeżdżający z prawej ma pierwszeństwo. Skrzyżowań równorzędnych jest, na szczęście, mało. Ciekawostką są natomiast skrzyżowania typu T, na których pierwszeństwo zawsze mają jadący prosto. Oryginalna jest również interpretacja pojedynczej linii ciągłej. Można ją przekroczyć, lecz nie wolno w takim miejscu zawracać. Jeśli chodzi o parkowanie – podobnie jak w zachodnioeuropejskich miastach – ustawiamy auto przy krawężniku zgodnie z kierunkiem jazdy. Parkującym pod prąd grozi mandat. Limit prędkości w terenie zabudowanym to standardowe 50 km/h. Przy szkołach i obiektach użyteczności publicznej zwykle jest ograniczenie do 40 km/h. Na trasach szybkiego ruchu zazwyczaj musimy pilnować limitu 110 km/h. Ale nie wszędzie. Po niektórych autostradach można jechać 120 km/h, na Terytorium Północnym – 130 km/h.

Znaki ostrzegawcze przypominają amerykańskie – to żółte (pomarańczowe) kwadraty postawione na rogu. Można zobaczyć na nich np. symbol kangura albo dłuższe komunikaty typu „Keep left unless overtaking”. Warto też uważnie studiować znaki informacyjne, bo tablica z dystrybutorem paliwa i dopiskiem „200 km” w Australii nie jest żartem. Stacje benzynowe na pustynnych bezdrożach są rozlokowane rzadko. A jeszcze rzadziej działają całą dobę. Blogerzy, którzy poznali kontynent na krańcu świata, ostrzegają, by w długą trasę na tzw. outback nie wybierać się bez kilku kanistrów paliwa, zbiorników z wodą, prowiantu, narzędzi, kół zapasowych.

– Zjechałem prawie całą Australię. 20 tys. kilometrów w cztery miesiące – opowiada Przemek. – Podróżowaliśmy wybrzeżem, czyli po cywilizowanych terenach, a i tak zdarzało się, że do najbliższego miejsca noclegu mieliśmy 700 kilometrów.

Tomasz Maciejewski

 

Australijskie OSK

Profesjonalne szkolenie kandydata na kierowcę nie jest obowiązkowe, ale nauka jazdy z zawodowcami skraca drogę do wymarzonego prawka. Ile kosztuje? Sprawdziliśmy ceny w dwóch największych miastach.

Master Driving School w Melbourne kasuje 41 dolarów za 45 minut jazdy, 51 dol. za godzinę, 82 dol. za półtorej godziny (samochód z automatyczną skrzynią biegów).

Auto z manualną skrzynią jest nieco droższe: 43 dol. za trzy kwadranse, 53 dol. za 60 minut, 86 dol. za półtorej godziny Jeśli ktoś ma już uprawnienia i chce sobie przypomnieć, poćwiczyć, instruktor życzy sobie 57 dol. za godzinę. Są różne promocje, różne „wielopaki” dla kierowców. Jeśli chcemy auto na egzamin i godzinę rozgrzewki, musimy wysupłać 190 dol. Dłuższa rozgrzewka (90 minut) to wydatek na poziomie 220 dolarów.

Szkoła „Onroad” w Sydney ma podobny cennik: pierwsza lekcja 55 dol. (reklamują się powitalną zniżką, jako standardową cenę podając 65 dol.). Za pięć godzin zapłacimy 250 dol. Za 10 lekcji (Pro. Pack) 580 dol., za 20 godzin – 1100 dol.

Takie rzeczy tylko w Australii

Pociągi drogowe – zestawy pojazdów służące do transportu towarowego, składają się z ciągnika i nawet kilkudziesięciu przyczep! W Księdze rekordów Guinnessa odnotowano australijskie pociągi o długości 610 metrów (ponad 600 ton, 45 przyczep) w 1999 roku; 1474 metry i 112 przyczep (w 2006 roku, w stanie Queensland). Pociągi drogowe wyróżniają się też ogromnymi zderzakami, które są zabezpieczeniem przed kangurami i innymi zwierzętami.

Eyre Highway – najdłuższa prosta na świecie: 146,6 km po nizinie nazywanej Nullarbor (żadnych drzew) na południu Australii. Przebiegający tamtędy fragment linii kolejowej Indian – Pacific to 479 km bez zakrętu i różnicy poziomów.

Fot. Przemek Mroczyński

aaa

« powrót

Wasze komentarze (3)

Dodaj komentarz
26269Dodany przez rura (6.11.2017, 10:51 AM)

To mozna zdać egzamin bez placu manewrowego i WORD u i nikogo nie zabić na drodze ? Niemożliwe !!! To jakieś bajki !

26274Dodany przez Iurysta (6.11.2017, 2:50 PM)

W Polsce cwaniak i kanciarz pilnuje jeszcze cwańszego kanciarza i w oparciu o ten schemat stanowione jest też i prawo Polskie dobitnym przykładem są afery np w W-wie i innych miastach Polski Uznaje się że wszystko musi być określone w ustawach w rozporządzeniach potwierdzone ,zatwierdzone, przepisy muszą być szczegółowe np. przy określeniu wysokości zawieszenia papieru w kiblu by inny cwaniak nie zawiesił go w innym miejscu.Wszystko ma być w rzędach słupkach, kupkach po to aby urzędnik mógł przeprowadzić skuteczną kontrolę. Ale inni mają inaczej i cóż z tego my będziemy pionierami, niech się uczą.

26287Dodany przez sceptyk (6.11.2017, 9:10 PM)

Czasy PRLu nauczyły nas kombinować i wszystko załatwiać, więc do australiskich praktyk nam nie po drodze. Jeszcze nie teraz ale za kilkanaście lat jak najbardziej :)